Dwóch designerów, Adam Hubers i Matt Marrocco stwierdziło po zakończeniu edukacji, że studentom designu brakuje odpowiednich narzędzi. Wpadli zatem na pomysł aby napisać podręcznik ‘I DRAW CARS’ zawierający informacje o zasadach prawidłowego szkicowania wsparty przykładami oraz częścią, w której każdy może poćwiczyć na własną rękę. Zawiera ponad 100 stron szablonów które pomogą zachować odpowiednie proporcje czy perspektywę rysunków. Podręcznik jest narzędziem, które może służyć nie tylko designerom ale może być również używane przez hobbystów, artystów czy fanów samochodów. Poniżej link na stronę gdzie jest filmik, na którym twórcy opisują swój produkt.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JOURNAList. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JOURNAList. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 czerwca 2011
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Latający Chevrolet
Dla tych którzy nie wierzą że w Stanach naprawdę jeżdżą jak na filmach ten filmik powinien byc najlepszym dowodem. Spójrzcie jak się lata Chevroletem Silverado w Michigan :))) Oczywiście nie próbujcie tego na własną rękę!!!
czwartek, 5 maja 2011
Piękno przez duże P
No to teraz kolejny artykuł z cyklu powiązanie samochodów z kobietami. Oczywiście nie piszę tego tylko z własnego widzi mi się a dostałem przeciek od moich wiernych czytelników, że to całkiem fajny temat i jak to mówił ogórek – nie męczy mózgu...Aspektów jakie mogę poruszyć aby zjednoczyć czy porównać dwie miłości gatunku określanego czasami jako zwierzęcy (szczególnie jak się nie ogolą) jest wiele ale ja skupię się nad jednym, który mocno chodzi mi po głowie. Otóż to co nie pozwala mi w nocy spać, zajmuje mi uwagę podczas codziennej wytężonej pracy i pilnuje abym nigdy nie odpoczął to najnormalniej w świecie piękno i to przez duże P. Tylko gdzie tego piękna będzie więcej? I które częściej totalnie zaprząta mój umysł? I na które, my faceci, jesteśmy bardziej narażeni? Które z nich bardziej potrafi nas naciągnąć?
No właśnie można by tak sobie dywagować w nieskończoność ale skupmy sie na samej idei i sednie fenomenu, który formatuje w sekundę umysł chłopa. I oceńmy przy okazji (oczywiście będzie to tylko moja rola bo nie mamy tu Wykopowych zasad), co bardziej prowokuje zmiany w męskich mózgach. I tak pierwszy z życia przykład. Jedziesz rano do pracy, oczywiście entuzjastycznie nastawiony, dzień wcześniej nie organizowałeś imprezy i nie piłeś do rana, i widzisz przed sobą Ferrari 458 Italia a na przystanku obok piękną, porywającą niewiastę. Oczywiście niewiasta jest tak idealna, że nie w głowie jej to Ferrari i uśmiecha się tylko do Ciebie. I co wtedy robisz drogi kolego? Gapisz się na potrójny wydech, dyfuzor i emocjonujesz się tym jakby to było gdybyś ty siedział za sterem? Czy też olewasz cud włoskiej techniki i odwzajemniasz uśmiech do pięknej oczekującej na tramwaj kobitki i emocjonujesz się jakby to było gdyby....(tu przemilczę bo każdy facet wie co wtedy się myśli).
Nie myślcie za długo bo można łatwo upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Wystarczy się przecież uśmiechnąć wykazując zainteresowanie i dalej gapić sie jak bawół we włoskie cudo. A jak już Ferrari sobie pojedzie (a nastąpi to wcześniej i szybciej niż myślicie) to zawróćcie podjedźcie po numer. Osądzając taki przypadek śmiem twierdzić, że piękno kreujące pokusę i podnietę jest mniej więcej na tym samym poziomie i oba obiekty nie powinny ulec naszej uwadze.
Szukając dalej zastanówmy się nad czysto hipotetyczną sytuacją, która pewnie nigdy się nikomu nie przytrafiła i marne szansę na taką w przyszłości czyli koniecznością wyboru pomiędzy samochodem a kobietą. Bo przecież nie zdarzy się nigdy sytuacją, w której facet musiałby sobie odmówić czegoś (a w szczególności zakupu samochodu) ze względu na groźbę porzucenia przez partnerkę. Ale zakładając, że jednak macie do wyboru (bo wasza luba krótko stawia sprawę i nie pozwala np. Na BMW) to co wtedy? Wyobraźcie sobie piękne BMW serii 5 w najnowszej generacji i to że was na nie stać i że możecie sobie podobierać bajerów i tak dalej. I już widzicie jak to auto do was pasuje i jak rozświetla wam każdy smutny dzień i nadaje nowego blasku w życiu. Jest pokusa prawda? No właśnie ale z drugiej strony stoi wasza miłość, z którą spędziliście juz jakiś czas i z którą snuliście plany na przyszłość, zamierzacie sie pobrać lub już to zrobiliście, która mówi, że NIE I KONIEC. Bo jej się nie podoba, bo ona do tego nie wsiądzie, bo to BMW i jeśli ją kupisz to ona odejdzie... I przyznam wam szczerze, że to mógłby być prawdziwy dylemat. No co zrobić????
Wujek dobra rada (którego osobę upatruję tu w sobie) powiedziałby pewnie – kieruj się brachu sercem. A rozwiązania idealnego nie ma. BMW mogą Ci zaraz ukraść, możesz się rozbić i stracisz tym samym piękną kobietę. Ale z drugiej strony patrząc to kobieta może też od Ciebie, nie wiedzieć dlaczego, nagle odejść. I wtedy zostaniesz sam jak palec z Renault Laguna i szanse na wyrwanie fajnej laski dramatycznie spadną...
Kolejna rzecz nad jaką warto byłoby się zastanowić to, o które z naszych pięknych zasobów bardziej dbamy? Czy my faceci kupujemy naszym kobietom tak często kwiaty jak odwiedzamy myjnię? Czy tak często zabieramy je na kolacje jak często tankujemy nasze maszyny? Czy za każdym razem jedziemy z nimi do lekarza jak je coś boli? Podejrzewam, że nie. Zatem reasumując nie dbamy o ich piękno w należyty sposób a nasza opiekuńczość skupia się bardziej na samochodach. Racjonale takich zachowań są proste i powinny usprawiedliwić cały męski gatunek. Jeśli nie naprawimy samochodu to czym pojedziemy po kwiaty i jak zawieziemy ukochaną do lekarza? Jeśli nie zatankujemy to już nie ma szans na to by gdzieś wyruszyć. A jechać gdzieś brudnym, nieodkurzonym samochodem? To już byłaby hańba i to największa w oczach naszej ukochanej.
Tomek Kruczkowski
sobota, 30 kwietnia 2011
Lamborghini Aventador LP 700-4
Jakiś czas temu przedstawiałem Wam zdjęcia nowego, zamaskowanego jeszcze pocisku z Sant’Agata. Teraz po oficjalnej już premierze modelu Aventador LP 700-4 wrzucam dwa filmiki, na których para najszybszych Lamborghini pokonuje włoskie drogi.
Zatem usiądźcie wygodnie, zróbcie głośniej i poczujcie namiastkę prawdziwej włoskiej motoryzacji.
wtorek, 26 kwietnia 2011
Jung, jego kolory i samochody

Byłem ostatnio na szkoleniu, podczas którego wykorzystywano teorie Carla Gustava Junga, szwajcarskiego psychologa, który oddał się badaniom nad ludzką psychiką i jej pochodnym. Nie wiem na ile był to normalny gość no bo kto poświęci rok lub nawet kilka lat na to by jeździć pociągiem i obserwować ludzi??? Ale teorie, które opracował wydały mi się interesujące. Pomimo, iż szkolenie odnosiło się do kwestii sprzedaży produktów to opierało się na poznaniu typów osobowości jakie dominują wśród nas. I tak zapamiętałem, że można nas podzielić według czterech kolorów: niebieskiego, zielonego, żółtego oraz czerwonego. Każdy z kolorów obrazuje naszą osobowość poprzez przypisywanie specyficznych cech charakterologicznych oraz zachowań jakie podejmujemy.
Szkolenie to zapadło mi w pamięć ponieważ w jego trakcie wiedzę dotycząca mnogości cech ludzkich i możliwości wrzucenia ich do jednego wspólnego worka zacząłem odnosić do marek i modeli samochodów. I zaczęło mi się to układać w pewną całość. Ale zanim zacznę o samochodach to najpierw przedstawię wam pokrótce do kogo pasuje jaki kolor. I tak:
- czerwony – osoby nakierowane na cel (nawet po trupach), wiedzące czego chcą od siebie i od życia, nie szczypiące się z nikim, żądające konkretów i nie lubiące słuchać jak im któs nawija makaron na uszy. Osoby potrafiące rządzić i podejmujące szybkie, ryzykowne decyzje, zawsze chcą być numerem jeden. Po swojemu określę ich ‘kozakami’ bo to właśnie ten typ człowieka dominuje jeśli rozpatrzymy funkcje jakie dane osoby spełniają.
- żółty – najprościej ujmując jest to typ potocznie uznawany za artystów – dużo gadają (niekoniecznie konkretnie), lubią opowiadać o sobie i być w centrum uwagi, mające na wszystko czas i lubiące przebywać w grupach. Są to osoby przywiązujące wagę do stylu i lubią byc modne;
- zielony – taki typowy altruista, ktory chętnie każdemu pomoże i będzie sie martwił za wszystkich aż mu włosy z głowy wypadną, siebie będzie stawiał na szarym końcu i nie bedzie chciał być w centrum uwagi, nie przypisze sobie żadnych zasług, woli je oddać innym. Zielonych cieszy głównie szczęście innych;
- niebieski – podobnie jak czerwony skupiony jest również na celu ale aby go osiągnąć kieruje się innymi pobudkami, woli porównywać i sprawdzać jak inni coś robią i myślą, bardzo ważne są dla niego liczby, wykresy i słupki i to właśnie one są wyznacznikiem dla podejmowania decyzji. Decyzje zawsze są wyważone a ryzyko eliminowane praktycznie do zera. Z niebieskim nie liczmy na spontaniczność, no chyba, że sobie trochę wypije.

Zastanawiając się nad przypisaniem osób do aut i biorąc pod uwagę model Junga najbardziej oczywistym wydaje mi sie przyporządkować BMW i Ferrari do czerwonych. Pomijając już to, że kolorem firmowym Ferrari jest czerwony to marka ta chyba jak żadna inna symbolizuje zwycięstwa i wszechobecne ryzyko. Marka skierowana dla tych, którzy lubią zaszaleć a odpadające czasem boczki wnętrza nie przyprawiają ich o zawrót głowy bo spod świateł i tak odjadą jako pierwsi. Zatem nie liczą się szczegóły a tylko efekt końcowy. Ma być szybko, szybciej i najszybciej i koniec, żadnych innych pytań. Podobny efekt wśród standardowych, osobowych samochodów daje BMW a poprzez stosowanie tylnego napędu kieruje swój produkt głównie do tych, którzy lubią poczuć nutkę ryzyka na codzień. Charakter Beemek jest zdecydowanie drapieżny i bezkompromisowy. Jeśli w codziennej jeździe też chcemy być najlepsi (najszybsi), mieć frajdę z jazdy i olewamy to co ludzie powiedzą to znaczy, że mamy zadatki na właściciela BMW i istnieje prawdopodobieństwo, że Jung oceniłby nas na kolor czerwony. W garażu typowego czerwonego powinno stać M5 i 458 Italia albo jakiś starszy odpowiednik. Oczywiście niewielu stać na takie auta i to jeszcze w parze zatem zaproponuję inne, takie które idealnie pasuje do chama i wariata – mały, zwrotny, niewywrotny Lotus Elise też się nada.
Zachowując chronologię postaram się teraz poszukać aut dla grupy żółtych. To co pierwsze trafia mi do głowy to Peugeot i Renault ze swoimi wymyślnymi designami, które oklepują się po kilku latach i przestają być atrakcyjne. Są to marki podążające za lub kreaujące nawet krótkoterminową modę. Firmy te produkują auta dla tych, którzy chcą się pokazać w tłumie ale nie zostać osądzeni jako nowobogaccy lub snoby. Dla żółtych można zaadresować również inne marki czy modele a myślę tu przede wszystkim o większości SUVów (wyłączając Cayenne Turbo czy X5 w wersji M bo to potwory w sensie mocy) czy małych a drogich zabawek takich jak Mini czy choćby Abarth. Wszystkie te auta podporządkowane są jednemu – bądź widoczny na bulwarze. Nie napisałem o Citroenie bo po prostu zapomniałem. Niemniej bez obaw, jest on w tej samej grupie. Wnioskując, marki francuskie są dla ... Francuzów, bo jak się zastanowić to właśnie duża większośc z nich pasuje do obrazu żółtego człowieka w myśleniu Junga.
Kolejna grupa to zieloni. Dla mnie to grupa docelowa Mercedesa. Mercedes to taki dobry samochód, starszy brat, który zawsze służy radą i zawsze jest wtedy kiedy jest potrzebny. Pomimo iż uznawany za króla szos nie jest awangardowo stylizowany i de facto nie chce sie wyróżniać. Jego misją i celem życiowym jest dowieźć swoich pasażerów z punktu A do punku B w możliwie najwygodniejszy i najbezbieczniejszy sposób. Porównajcie na szybko E-klasę Mercedesa do BMW serii 5, obojętnie której generacji. Po pierwsze prawie nikt nie kupuje BMW na taksówkę bo przecież nie pasuje. Ile znajdziecie ścigających się Mercedesów po mieście? Żadnego, bo to nie wypada. Ilu dziadków widzieliście w BMW i młodzianów w Mercedesach? Z Mercedesem jak z zielonymi, będą robić po prostu swoje i tyle. Sława i chwała nie jest im potrzebna. Myślę, że tą samą drogą podąża Lexus aczkolwiek na miano starszego brata musi jeszcze poczekać bo mimo wszystko jego kariera w klasie premium to etap raczkujący.
I ostatni kolor jaki nam został to niebieski. Osobiście kojarzę go z zimnem i chłodem czyli ekonomiczną i racjonalną kalkulacją, w której nie ma miejsca na jakiekolwiek emocje czy szaleństwa. I tak też zapatruję się na Audi, Porsche, Volkswagena czy nawet (i tutaj mogę się narazić) Lamborghini i Bugatti. Audi na tle Mercedesa czy BMW jest często dużo lepsze biorąc pod uwagę czysto techniczne dane ale nie ma w nim tego czegoś, dodatkowego bliżej niezidentyfikowanego smaczku. Po prostu za mocno bije w ideał pod każdym względem i obawiam się, że czerwony typ człowieka pomijając całą świetność aut po jakimś czasie zacznie się najnormalniej w świecie nudzić. No bo po co wariatowi napęd Quattro, szczególnie zimą? Dla niego będzie zbyt łatwo. Z kolei niebieski typ człowieka doceni takie rozwiązanie i może ono być jednym z wielu, które przekonają go do zakupu właśnie czegoś z wyżej wymienionych marek należących do VW. Często zastanawiam się i porównuję sobie modele Porsche i Ferrari. Oprócz osiągów jakie widać głównie na papierze Porsche mnie nie przekonuje – bo nie widzę w nim lekkiego ducha szaleństwa i nutki samochodowego romantyzmu. Jest brutalnie techniczny i zimny a ja przecież jestem czerwonym typem.
Tomek Kruczkowski
niedziela, 17 kwietnia 2011
Miłość od pierwszego wejrzenia
Patrząc dziś na swoje auto uświadomiłem sobie, że już ponad sześc lat nim jeżdże ale z dnia na dzień coraz bardziej mi się podoba. Pięknie się starzeje i zyskuje w moich oczach nowy blask. Może dlatego, że jest niezawodny lub raczej niezawodna (BMW), wygodna, relatywnie mało pali (525 TDS) i można w nią sporo napakować (kombi). Dodatkowo linia E39, bo taki to model, została zaprojektowana ponadczasowo i nawet za kolejne dwadzieścia lat ciągle będzie elegancka, reprezentatywna i nie znudzi się jak fikuśne Renault Megane lub Vel Satis. Spoglądając na nią zacząłem sobie przypominać dlaczego właściwie ją kupiłem. W końcu mit jaki krążył i wydaje się, że nadal krąży w naszym kraju o bawarskiej marce sugerował, że to auto tylko dla niektórych grup społecznych do, których ja nie należę. Ale gdy zobaczyłem to auto po raz pierwszy można powiedzieć, że się ‘zakochałem’ a pokusa sprawdzenia jak jeździ się odwieczną konkurencją Mercedesa spotęgowała to uczucie. Zaryzykowałem, kupiłem i dziś się cieszę.
Oczywiście nie był to jedyny raz kiedy zaryzykowałem. Patrząc na swoje BMW i analizując szybko trafność i racjonale decyzji doszukałem się pewnych podobieństw z poszukiwaniem partnerki. Podobne uczucie, które można nazwać miłością od pierwszego wejrzenia ogarnęło mnie jeszcze na egzaminie na studia. Podczas egzaminu z matmy w ławce przede mną usiadła piękna dziewczyna, która zawładnęła moją głową na kolejne lata (w myśl ochrony danych osobowych nie podaję nazwiska). Zobaczywszy ją czułem to samo co wobec auta – będzie moja! I przez jakiś czas była ale wszystko co piękne nie trwa wiecznie. Niestety tak jak da się naprawić auto aby jeździło i cieszyło nas dłużej tak z kobietami sytuacja już się komplikuje. W pewnym momencie jest już za późno i trzeba się, brzydko mówiąc, przesiąść.
Tylko żeby to zrobić i żeby udało się to na dłużej musi być nijaka ‘chemia’ (przynajmniej są to moje odczucia). W końcu i z kobietą i z samochodem widzimy się codziennie i spędzamy wspólnie dużo czasu. Jeśli spędzasz z kimś jedną, szybką noc i wiadomo z jakich przyczyn to poranek nie jest już tak anielski tymbardziej, że mija upojenie alkoholowe nadające światu różowych kolorów. I jedyne o czym wtedy się myśli to jak najszybsze rozstanie. Podobne uczucie miałem po jednodniowej jeździe nowym Fordem Mondeo. Oczywiście z wiadomych przyczyn alkohol w tej akcji nie uczestniczył. Po przejechaniu około siedmiuset kilometrów miałem tego auta po prostu dosyć. Nie emanowało ono emocjami i nie chwytało mojego serca pomimo, iż pod względem technicznym to naprawdę dobre auto. Nie miało tego czegoś i koniec kropka, nigdy nie kupię Forda.
Ze względu na takie podejście poszukiwanie zarówno nowej partnerki jak i nowego samochodu to nie lada wyzwanie. Pomimo wielu modeli aut i jakże wielkiej mnogości przepięknych i inteligentnych kobiet trzeba się sporo naszukać. I nawet jeśli już czuje, że to może być to, okazuje się że istnieje drugie dno, które przysłania ciemną chmurą całą nadzieję i entuzjazm. W przypadku samochodu okazać się może, że jest po wypadku albo silnik już nie domaga a kobieta może mieć już kogoś lub wystarcza jej tylko flirt. Ale to nic bo nigdy się nie zrażę i nie zaprzestanę dopóki znów się nie zakocham, najlepiej od pierwszego wejrzenia.
Tomek Kruczkowski
niedziela, 10 kwietnia 2011
Mercedes - gdzie się podziałeś???
Wiecie co, tak sobie przeglądam statystyki mojego bloga i dochodzę do wniosku, że niezły ze mnie dupek bo częstotliowść z jaką zamieszczam nowe artykuły jest porażająco niska... A jak się okazuje Wy go jednak oglądacie i czytacie. Wychodząc Wam naprzeciw troszkę sie wytłumaczę. Otóż jak zapewne każdy z Was, muszę też pracować żeby zdobyć niezbędne do życia i płacenia alimentów środki finansowe – czytajcie ‘kasę’. Od razu też pragnę nadmienić, że alimenty nie są tu rozpatrywane jako zło konieczne a głównie jako środki jakie zapewniam mojej ukochanej córeczce (za pośrednictwem Anki-czy my się kiedyś dogadamy???????) do tego żeby miała fajne ciuchy, zabawki i wszystko czego potrzebuje. Ale to już temat na inny artykuł albo całego bloga bo temat małżeństw i rozwodów i jakże dramatycznych ich konsekwencji nijak jest powiązany z samochodami.
Zatem idąc dalej w świat samochodów, bo tylko o tym mowa na tym serwisie, chciałbym się z Wami podzielić kilkoma opiniami dotyczącymi marki znanej na całym świecie czyli Mercedesa. Otóż jak już zapewne zauważyliście Mercedes to marka, o której zwykłem pisać jako o ikonie motoryzacji. Powód jest prosty – w swojej głowie mam prosty podział – są trzy marki na świecie: Mercedes (bo jest to Mercedes i koniec, i niech się nikt nie pyta dlaczego bo przyjmuję to jako aksjomat motoryzacji), Ferrari (tutaj też nie pytajcie, bo to kolejne niezaprzeczalene potwierdzenie tego co można wykrzesać z samochodu w dziedzinie osiągów, sportu, designu i ekscytacji) i ostatnie ale może najważniejsze BMW (i tutaj krótka piłka- mieliście kiedyś lub jeździliście autem tej marki??? Jeśli nie to nawet się nie odzywajcie!!!).
Pomijając moje zboczenie dotyczące tych trzech marek skupię się wyłącznie na Mercedesie. Mercedes, Mercedes, Mercedes – dla wszystkich synonim luksusu, zamożności i statusu społecznego. I w tym kierunku przez lata marka ta budowała swój wizerunek. I zbudowała go umiejętnie w większości z nas nie wykluczając mnie. Ale – no właśnie nie pisałbym gdyby go nie było.
Jechałem ostatnio nowym oklularem, który ma już nałożone prostokątne oprawki i ku zdziwienieu gdyby nie znaczek na kierownicy to powiedziałbym, że jechałem jakimś nowym Mondeo. Pewnie zapytacie dlaczego i że pewnie się czepiam bo mi się w głowie poprzewaracało. Ale NIE. Wsiadam do nowego auta i widzę, że deska rozdzielcza wykonana jest z tandetnych tworzyw (znacznie gorszych niż te w W124), jej design nie odbiega znacząco od aut z klasy niższej, nie ma bajerów na klasę Merca i jakoś tak bez polotu.
Idąc dalej, kwestia designu zewnętrznego była chyba outsourcowana w Hundayiu i psuje linię modelu, która kultywowana była latami i dawała poczucie że jesteśmy kimś mając taką brykę. Psując już doszczętnie opinię nowej E-klasy pragnę tylko zauważyć, że silnik diesla (ten podstawowy) był głośniejszy i pracował z niższą kulturą pracy niż TDI w Golfie 6-tej genracji.
I tak naprawdę po przejażdżce zrobiło mi się trochę przykro. Mit jaki zakorzenił się w mojej głowie o jakości, solidności i niedoścignionej klasie Mercedesa został obalony. Jasno muszę przyznać, że Audi zrobiło tak wielki krok naprzód, że panowie ze Stuttgartu powinni jechać na korepetycje do Inglostadt. I nie chodzi mi w tym momencie wyłącznie o E-klasę bo modele takie jak SLK czy CLC (chyba najbrzydsze obecnie auto na rynku) dokładają swoje pięć groszy do upadku najbardziej prestiżowej marki świata.
Tomek Kruczkowski
niedziela, 27 marca 2011
Poznań Motor Show - czy warto było?
Kolega wydzwaniał do mnie kilkukrotnie aby umówić się na wspólne wyjście na Poznań Motor Show. Jak już ustaliliśmy, że pójdziemy upewniał kolejnych kilka razy się czy aby się nie wycofam. Nieco nadgorliwe podejście kolegi i spot usłyszany w radio zaczęły mnie zastanawiać jakie auta będą tam wystawiane? Sądziłem, że jest szansa na Ferrari, Astona, Bentleya czy ultra szybkie limuzyny z Niemiec i aż sam zacząłem czekać na nadchodzące wydarzenie.
I tak w pierwszy dzień targów otrzymałem wiadomość od przemiłej koleżanki, iż ma wejściówki VIP na Poznań Motor Show (Emila, nie pamiętam czy już Ci dziękowałem ale wielkie dzięki za pamięć). Stwierdziłem, że chętnie skorzystam i jeśli będzie tak fajnie jak się tego spodziewam to pójdę również kolejnego dnia z kolegą. W końcu samochodów nigdy za wiele!
Po męczącym dniu w pracy, gdzie otrzymałem astronomiczną podwyżkę (zamówienie na Veyrona już poszło!!!) pojechałem na targi aby podczas oglądania pięknych aut totalnie wyluzować... I tu się zaczęło...
Wchodzę do jednej z hal, jak się potem okazało głównej i jedynej z nowymi autami (!!!) i widzę targi ale DEALERÓW SAMOCHODOWYCH. Oczywiście można pominąć ten fakt i uznać go jako moje czepialstwo bo w końcu chodzi o auta. Zatem idę i oglądam. Najpierw stoisko Audi i Porsche, których przynależność do marki można było poznać wyłącznie po wystawionych autach bo nasz krajowy dystrybutor zapomniał chyba dowieźć scenografii. Była tylko jakże wykwintna szara wykładzina. Auta jakie prezentowało Audi też się niczym nie wyróżniały od tych jakie widzimy na codzień na ulicach... I tutaj apel do Audi: Ludzie! Pomyślcie trochę! Macie przecież w swoich garażach kilka RS6, R8, Q7 V12, S5 czy TT i nic by Was nie kosztowało pokazać je szerszej publiczności. Może kilku z młodych chłopców jacy przyjdą na te targi z rodzicami tak się zachwycą Waszym produktem, że stanie się on marzeniem ich życia. I tak po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach może będzie ich stać na nową już wersję i wtedy macie pewnego klienta!!!
I w tym momencie muszę wspomnieć o Mercedesie, który pod tym względem patrzy jak najbardziej przyszłościowo. Nasz jedyny dealer podołał wyzwaniu i wystawił swoje cuda takie jak G63 AMG, C63 AMG, SLS, CL 63 AMG oraz inne bardzie cywilizowane wersje. A stoisko miało w dodatku minimalną scenografię i wyglądało już bardziej jak stoisko tagrowe. I takim manewrem Mercedes zaskarbił sobie kolejnych fanów, którzy mieli okazję obejrzeć z bliska modele jakie z reguły tylko ich wyprzedzają lub są w artykułach na przykład ‘Najwyższego Biegu’.
Skoro już o tym piśmie mowa to równiez i ono miało swoje stoisko. Było ono nieco z boku i jakby to powiedzieć aby nie urazić nikogo, wiało z niego troszkę nudą. Fakt, że był tam wystawiony Bentley niewiele zmieniał bo nawet takie auto na szarej wykładzinie i bez oświetlenia brzydko mówiąc szału nie robi. Nie powalało również stoisko telewizji ‘ze sprężarką’, na którym to był emocjonujący reklamowy balon i ... nic więcej...
Ostatnim stoiskiem jakie odwiedziłem była Skoda, która w oczywisty sposób nie mogła nikogo porazić autami ale aby przyciągnąć uwagę zainwestowała w wystrój stoiska. Dla mnie było to najładniejsze stoisko, w którego tle znajdowała się podświetlona kra lodowa prezentująca nowe logo marki. To naprawdę przyciągało uwagę i cieszyło oko! A włodarzom ze Skody gratuluje, Wasza marka była dla mnie numerem jeden na targach, których zwiedzanie zajęlo mi aż...godzinę...
Tomek Kruczkowski
sobota, 19 lutego 2011
It's all about crossing the line

Niech nikogo nie zwiedzie angielskojęzyczny tytuł ale nie potrafiłem znaleźć lepszego określenia w naszym bogatym, rodzimym języku. Może to dlatego, że zamiast dogłębnie studiować w szkole lektury oddawałem się ciągłemu czytaniu prasy samochodowej. A nie oszukujmy się nie ma w niej zbyt wielu wysublimowanych słów i wyrażeń, bo w końcu na ile sposobów można nazwać przyspieszenie.
O owym, wspomnianym w tytule, przekraczaniu granic pomyślałem wczoraj ślizgając się autem lekkimi bokami po zaśnieżonych ulicach. A żeby dobrze driftować trzeba doskonale wiedzieć, do którego momentu możemy przeciągać auto tak żeby słuchało naszych kontr i nie obróciło się tyłkiem do przodu. Jeśli przesadzimy to możemy liczyć tylko na szczęście, że nie potrzaskamy siebie i auta zbyt mocno. Zatem w prostych słowach sukces perfekcyjnego przejazdu zależy od tego jak bardzo potrafimy zaryzykować by zbliżyć się do granic fizycznej przyczepności i na ile wystarczy nam umiejętności by na niej balansować.
Ktoś powie, że dopatruję się filozofii w jeszcze niedawno nieznanym u nas sporcie ale to założenie sprawdza się też na innych polach. Niedaleko patrząc, w Formule 1, zależność tą widać podczas Grand Prix, w trakcie których pada deszcz. Przewaga techniczna teamów takich jak Ferrari czy McLaren jest zniwelowana a kierowcy muszą ciągle balansować na linie aby dojechać do mety. Jeśli tylko przekroczą niewidzialna granicę o zbyt mocne dodanie gazu, zbyt mocną kontrę lub opóźnione hamowanie to wyścig z reguły się kończy. Na takich wyścigach widać, który z kierowców ma prawdziwy talent i najlepiej wyczuwa próg, którego nie wolno przekraczać.
Ale przekraczanie granic to nie tylko sporty motorowe. Przecież już jako małe dzieci próbujemy i sprawdzamy dokąd możemy się posunąć aby nie dostać od rodziców w przysłowiowy ‘łeb’. I tak jak już wybadamy co nam w domu wolno a co nie to rodzice wysyłają nas do szkoły. Tutaj sytuacja się komplikuje bo spotykamy znacznie więcej ludzi i przez to musimy wybadać więcej granic. Ale po kilku naganach, bójkach i odwiedzinach rodziców w szkole powinno do nas dotrzeć gdzie znajdują się punkty zapalne i ich unikać. Jak już skończymy szkołę, a okres jej trwania może się przekładać na to gdzie postawiliśmy sobie nasze granice, idziemy do pracy. I znów to samo od początku i schemat ciągnie się latami.
Wnioskując, całe życie badamy gdzie leży cienka czerwona linia, której przekroczenie może powodować serię nieprzyjemnych następstw. Oczywiście dla każdego próg ryzyka znajduje się w innym miejscu a dochodzenie do niego uzależnione jest od odwagi i odpowiedzialności jakie w nas drzemią. Zatem szacunek dla tych, którzy są najlepsi w swoich dziedzinach – oni czują to co robią a przy tym się nie boją.
Harry
poniedziałek, 7 lutego 2011
Ikony Mercedesa - 300SL Gullwing AMG
Mercedes 300SL z roku 1954 to auto, które stało się ikoną aut sportowych z połowy zeszłego stulecia i tym, które każdy z kolekcjonerów nabyłby w pierwszej kolejności gdyby nie rzadkość ofert i ich porażająca wartość cenowa. Jego wyjątkowość to zastosowanie systemu otwierania drzwi w sposób, który do dziś pozostaje nietuzinkowym rozwiązaniem oraz uosabianie w stylistyce nadwozia szlachetności jak i pioruńskiej siły, przed którą drży każdy śmiertelnik. W istocie ten Merc był zjawiskowo szybki a dzięki swoim 260-ciu koniom nadawał tempo 100 km/h juz po 6 sekundach. Dzięki temu, że w latach sześciesiątych pakt o nieagresji pomiędzy niemieckimi koncernami samochodowymi jeszcze nie obowiązywał, 300SL mógł pomknąć z prędkością aż 260 km/h. Taki wynik czynił z niego drogowego mysliwca, któremu mało co i mało kto mógł zagrozić. Jednak patrząc dzisiaj na Gullwinga, choćby na szerokość jego opon, zastanawiam się jak mógł się prowadzić podczas tak zawrotnej prędkości. Pomimo iż był autem stworzonym typowo dla kierowcy to prawdą jest fakt, że aby wykrzesać jego maksymalne osiągi przydawała sie licencja pilota.
Mercedes 300SL jest autem, które dla wielu symbolizuje potęgę i sławę mercedesowskich srebrnych strzał i w takim dokładnie celu został zbudowany. Przesłanie firmy było proste i zrozumiałe i polegało i dzieliło z ludźmi sukces i chwałę w jaką obrósł Merceds na torach wyścigowych. Dlatego dla wielu wydaje się być niezrozumiałym oraz paradokslanym zbudowanie przez Mercedesa przy mocnej współpracy AMG kolejnych 11stu modeli 300SL w latach 1996-2009. Dla wyjaśnienia najistotniejszym czynnikiem jaki pomógł podjąć decyzję zarządowi Mercedesa było zamówienie jakie złożyła rodzina królewska sułtana Brunei. I tak do Brunei wysłano 6 modeli (coupe i roadster) a kolejne 5 zostało zrealizowanych na życzenie innych klientów. Niska liczba chętnych jest efektem tajemnicy jaką objęty był projekt oraz astronomiczna cena 1 miliona dolarów za sztukę.
Auto zostało totalnie przebudowane pod względem technicznym i praktycznie jedyne co zostało z pierwotnego modelu to nadwozie, do którego zaadaptowano nowoczesne lusterka boczne. Silnik jaki zastosowano to 6-cio litrowe V8 od AMG o mocy 380 koni, co wymusiło zmianę przedniej ramy nadwozia gdyż silnik jest znacznie większy od używanego wcześniej sześciocylindrowca. Silnik ten pochodzi z modelu SL 60 AMG serii R129, podobnie jak zawieszenie oraz system hamulcowy. Natomiast same elementy takie jak amortyzatory czy tarcze i kolcki to wyrób, który dedykowany był pod wyśmienitą sportową limuzynę C36 AMG. Skrzynia jaką dysponuje ‘odnowiony’ król sportowych samochodów XX wieku to 4-biegowy automat, który został zamontowany zamiast skrzyni manualnej ze względu na ograniczoną ilość miejsca (a de facto prawdopodobnie dlatego, że Mercedes nie miał nic innego co sprawdziłoby się z tak dużym momentem obrotowym). W Affalterbach (tam sie mieści siedziba AMG) dodano tez koła typowe dla AMG z nisko profilowanymi oponami, które według wielu psują klimat ekskluzywności Gullwinga. Aczkolwiek widziałem jeden z 11-stu modeli ‘nowego’ Sla, który posiadał inny wzór felg AMG (szersze z większym rantem) i wyglądał wyjątkowo groźnie i brutalnie, oczywiście w pozytywnym mniemaniu.
Wnętrze wygląda klasycznie i gustownie oraz przypomina lata pięćdziesiąte ale za wszystkimi przełącznikami, licznikami i guzikami kryje sie nowoczesna technologia. To akurat powinno napawać nadzieją, że wszystko jest sprawne oraz dodaje pewności, że problemy jakie miał pierwowzór zostały usunięte. Jak wiadomo wersja z 54 roku miała olbrzymie problemy z wentylacją a latem kierowcy jeździli często z otwartymi do góry drzwiami w pilotkach. W nowych modelach zamontowano klimatyzację, regulowane w pełni fotele Recaro, regulowaną kierownicę wraz z poduszką a całe wnętrze obuto skórą Nappa oraz Alcantarą. Dzięki temu nieliczni jacy mieli zaszczyt i mozliwości nabycia nowego Gullwinga będą mogli rozkoszować się jazdą w pełnym komforcie po słonecznych bulwarach.
Tomek Kruczkowski
środa, 2 lutego 2011
SAWA Taxi - ceny jak na Batorym
Wyjeżdżałem jakis czas temu do Warszawy i stwierdziłem, że sprawdzę w internecie, z którego z przedsiębiorstw taksówkowych najlepiej skorzystać. Miałem sporo dojazdów po samej stolicy jak i po jej obrzeżach. Skorzystałem z korporacji Sawa i ceny jakie mi zaoferowano nie były aż tak wysokie. Oczywiście byłem przysłowiowym jeleniem nie znającym dokładnie miasta i do dziś nie wiem czy trasy jakimi jeździliśmy były najkrótsze a taryfy jakich używał kierowca właściwe. Ale z drugiej strony co miałem zrobić skoro głównie zależało mi na tym żeby się szybko i sprawnie przemieszczać.
Wróciłem po jakimś czasie do Poznania a numer do korporacji Sawa zostawiłem w telefonie z przekonaniem, że podczas kolejnej wizyty ponownie do nich zadzwonię po taksówkę. No i trafił się kolejny wyjazd do Warszawy. Jednak tym razem jechałem wspólnie z kolegą, który stwierdził, że weźmiemy taksę na dworcu – Ele. Tak też zrobiliśmy a stawki korporacji Ele były bardzo normalne. Niestety takie z nas osiołki, że żaden z nas nie zapamiętał numeru do tej firmy...
Kolejnego dnia musieliśmy szybko zamowić taksę a nie chcieliśmy robić tego przez hotel aby uniknąć mocno przedrożonych limuzyn i skorzystaliśmy z mojego cennego wpisu w telefonie (przez chwilę poczułem sie wielki). Przyjechało Volvo V70 z niezbyt miłym Panem i pomknęliśmy na spotkanie.
Mknęliśmy tak krótko, że nawet nie zdążyłem się dobrze przyjrzeć autu, którym jechałem i nawet nie pamiętam jaki miało kolor. Jak dojechaliśmy Pan oznajmił, że należy się 48 złotych... Zapłaciliśmy w pośpiechu aby nie spóźnić się na spotkanie i wyszliśmy z taksówki. Po spotkaniu zaczęliśmy sie zastanawiać dlaczego aż tyle kosztował nas kurs...
Jak się okazało trasa którą pokonaliśmy miała niespełna 5 kilometrów a Pan nabił aż 17 jednostek...Było to jawne oszustwo dwóch frajerów, którzy nie znają okolicy. Zadzwoniliśmy do przemiłej Pani z obsługi, która poinformowała nas o tym, że skarg i reklamacji można dokonywać wyłącznie na stronie internetowej. Dla mnie znaczy to jedno – nikt ich nie przeczyta i korporacja ma to tam gdzie słońce nie zagląda.
Po tym kursie mój wniosek jest prosty ale nie do końca sprawiedliwy – mieć taksiarzy tam gdzie oni mają nas a już w szczególności nie korzystać w Warszawie z korporacji SAWA!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































